DSCN2030

Powszechnie wiadomo, że każdy Nowodworczyk na, wpisany już w tradycję, rejs Nowodworka Pogorią pojechać chce. Jednak stając na zbiórce w dniu wyjazdu zapewne żaden (albo przynajmniej znacząca większość) z 40 śmiałków nie wiedział, na co się szykuje.
Ja z pewnością nie miałam pojęcia.

Podczas 20-godzinnej podróży autokarem mieliśmy czas, by się poznać, dowiedzieć, gdzie będziemy spali i pożegnać się z polską zimą (oraz Internetem).
Gdy obudziliśmy się we Włoszech, przywitało nas wspaniałe słońce i śródziemnomorska roślinność. Wysiedliśmy w porcie w Loano. Pierwszy dzień poświęciliśmy na krótkie szkolenia na żaglowcu, wyruszyć w rejs mieliśmy na następny dzień w południe.
Poranek był dla nas zapowiedzią wyzwań, które mieliśmy do pokonania w ciągu najbliższego tygodnia.
Gimnastyka o 6:50, 40 minut później śniadanie, o 8:00 apel, podczas którego usłyszeliśmy od kapitana, że to może być nasza najtrudniejsza noc w życiu.
Nikt chyba nie brał tego wtedy na poważnie
W końcu nadszedł moment wypłynięcia. Pierwsze ofiary nadchodzącego sztormu pojawiły się po niecałej godzinie.
Dla większości z nas było to zapewne jedno z najpaskudniejszych możliwych początków przygody z żeglarstwem.
Nasze błędniki i żołądki szalały, a konsekwencja tych wydarzeń w postaci wiadomego zapachu utrzymywała się na dziobie żaglowca zdecydowanie dłużej, niż śpiący tam chłopcy by sobie życzyli.
Debiutanci zapragnęli znaleźć się znów na lądzie.
Problem jednak polegał na tym, że pierwsza zasada zachowania się na statku brzmi „nigdy nie pytaj, dokąd płyniemy”.
Plotki o naszej najbliższej destynacji były różne, koniec końców pierwszym miejscem, do którego dobiliśmy, było Calvi, miejscowość na północno-zachodnim wybrzeżu Korsyki.
Niezwykle malowniczy port okazał się być zupełnie opuszczony poza sezonem wakacyjnym, po zmroku słychać było jedynie język polski (głównie pytania „czy tu naprawdę nikt nie mieszka?”).
Na drugi dzień, po dokładnym obejściu tego skrawka ojczyzny Napoleona popłynęliśmy dalej.
Podróż okazała się znacznie krótsza, spokojniejsza i przede wszystkim pozbawiona przykrych zapachów.
Naszymi kolejnymi przystankami były Nicea i Monte Carlo, oddalone od siebie 30 minut busem.
Chodzenie po francuskiej plaży w krótkim rękawku w połowie lutego, to tylko jedna z niezliczonych atrakcji, które zapewniła nam Pogoria.
Chodziliśmy też po targach ze świeżymi owocami, tradycyjnymi, lokalnie wyrabianymi mydłami, po cukierniach idealnych dla amatorów fotografii i kafejkach, gdzie dało się dostać hasło do wifi.
Ci szczęśliwcy, którzy jednak ominęli to ostatnie szerokim łukiem, mieli możliwość skosztowania dziesięciodniowego odwyku od ciągłego sprawdzania liczby powiadomień, Snapów, relacji na żywo na Instagramie. Doba porządnie się wydłużyła.
Po odpłynięciu z wybrzeża francuskiego czuć było, że zostaje nam coraz mniej czasu.
Więzi, które ze względu na drastyczne sytuacje szybko się zawiązały, zaczęły się zacieśniać i myśl o bliskim końcu podróży stała się uciążliwa.
Zatęskni się przecież nawet za zmęczeniem, za wachtą nocną od 4:00 do 8:00 rano, podczas której nie widać dalej niż za burtę, za pedantycznym kucharzem i jego sztucznym kurczakiem wiszącym w kambuzie nad zlewem, albo za wieczorkami w kubryku przejściowym.
We Włoszech odwiedziliśmy jeszcze urocze Santa Margherita Ligure z pięknymi kościołkami i ostatnią na naszej trasie, Genuę.
Trudno w jednym zdaniu uchwycić wspaniałość klimatu śródziemnomorskiego, który panował podczas naszej całej podróży i piękno lokalnej architektury wraz z atmosferą, która wykreowała się na statku.
Rejs Pogorią jest wspaniałą przygodą i będąc w Nowodworku, warto korzystać z tradycji, które się tu wykreowały. Choć odpoczynku tu raczej nie zaznamy...

Weronika Nagawiecka